Zachęcamy do dodawania świadectw Waszej wiary i obecności wśród nas świętych i błogosławionych do których się modlicie.
Przeżyliście coś podobnego? formularz dodawania świadectwa jest od tego, aby się tym podzielić. Niech również Twoje/Wasze świadectwo stanie się tym, co utwierdzi wiarę innych!
PROSIMY - nie dodawajcie tutaj swoich intencji bo będą one usuwane (do tego mamy "Księgę intencji" lub można dodać pod wybraną modlitwą)
Mam na imię Iwona i skorzystałam z łaski przeżycia kursu Mojżesz.
Rozważając przed wakacjami z których rekolekcji skorzystać, brałam pod uwagę właśnie kurs Mojżesz i jeszcze jedne, które, jak uważałam, są bardziej na ten czas potrzebne i tamte wybrałam…
Ale Pan Bóg wie, kiedy i jak się zatroszczyć: trudno jest być w dwóch miejscach naraz, więc się zatroszczył i otrzymałam ponowne zaproszenie od swego lidera na kurs Mojżesz. Czas, jaki wybrał na to był bardzo odpowiedni, bo przeżywałam swoistą pustynię. Miotana wewnętrznym strapieniem pojechałam do Suraża. Na rekolekcjach był czas wyciszenia, czas wsłuchania się w siebie, w to co Bóg mówi do mnie. Poznając życie Mojżesza, stawał mi się bardziej bliski i czasem wydawało się jakby to o mnie była ta historia. Niesamowita moc Boga, niesamowite Jego prowadzenie i to, że Wielki Bóg jest przyjacielem człowieka. Niby tak daleki a jednocześnie tak bardzo bliski! Bóg pokazał mi moją słabość i to, że kocha mnie właśnie taką, jaką jestem: ułomną, z błędami i z wadami . Pokazał, że pomimo tego, zawsze jest tuż obok mnie. Nie zawsze prawdziwe jest to co się wydaje: jak postrzegają mnie inni, czy jestem dostatecznie dobra we wszystkim. Zobaczyłam jak krytyczna byłam względem siebie. Mieliśmy czas by stanąć w prawdzie o sobie samym. Tylko 40 godzin ale jakże dynamicznych i skutecznych. Otrzymałam potwierdzenie, że warto być dla innych, służyć i pomagać. Bardziej udzielać się we wspólnocie, wspomagać swojego lidera. Kurs Mojżesz to niezwykły czas, który wywarł trwały ślad w moim życiu, ukazując wielką miłość Boga względem mnie.
Chwała Panu
piątek, 03 marzec 2023
Zachorowałem na skomplikowaną chorobę wirusową. Przez pół miesiąca miałem sparaliżowane gałki oczne i powieki, których w ogóle nie mogłem zamknąć. Cały czas miałem otwarte oczy, wpatrzone w jeden punkt. Ważyłem zaledwie czterdzieści dwa kilogramy. Zaprzyjaźnione ze mną siostry, dowiedziawszy się, że jestem w tak ciężkim stanie, przysłały mi do Boliwii relikwie bł. Jana Pawła II. To był obrazek z wizerunkiem Jana Pawła II, modlitwą i maluteńką kroplą krwi - była już prawie niewidoczna, ale była.
W maju 2011 roku, pracując na misjach w Boliwii, zachorowałem na zespół Guillaina-Barrégo. To dosyć skomplikowana choroba wirusowa, która zaatakowała cały mój system nerwowy. W jej wyniku ponad dziesięć miesięcy byłem zupełnie sparaliżowany, doznałem też zaniku mięśni. Przez pół miesiąca miałem sparaliżowane gałki oczne i powieki, których w ogóle nie mogłem zamknąć. Cały czas miałem otwarte oczy, wpatrzone w jeden punkt. Ważyłem zaledwie czterdzieści dwa kilogramy. Dużym problemem było przyjmowanie pokarmów. Przez pierwsze miesiące choroby dostawałem jedynie kroplówki, potem podawano mi zmiksowane jedzenie przez rurkę, później już jadłem normalnie, ale tylko pokarm gotowany, który łatwo było mi przełknąć. I tak powoli, powoli zacząłem wstawać z łóżka… Przez kolejnych sześć miesięcy trzeba było jeszcze walczyć na wózku, a potem kolejnych sześć miesięcy o kulach. Zaczęła się intensywna rehabilitacja. Musiałem na nowo uczyć się chodzić, stawiać prosto kroki, pisać, mówić, uśmiechać się…
Jestem jednak więcej niż pewny, że w tej próbie nie byłem sam. Miałem swoich świętych, których chciałem naśladować. Wśród nich byli franciszkańscy męczennicy z Peru, w tamtym czasie Słudzy Boży Zbigniew Strzałkowski OFMConv i Michał Tomaszek OFMConv, którzy zginęli za wiarę 9 sierpnia 1991 roku, a także błogosławiony wówczas Jan Paweł II.
Dlaczego Jan Paweł II? To był papież, z którym byłem związany od zawsze. Kiedy zdawałem maturę, Karol Wojtyła był już papieżem. Gdy rozpoczynałem nowicjat, zaczęły się pierwsze podróże apostolskie Ojca Świętego. 18 czerwca 1983 roku, kiedy Papież przybył do Niepokalanowa w czasie swojej drugiej pielgrzymki do Ojczyzny, byłem tam jako nowicjusz. To było dla mnie wyjątkowe spotkanie. Jan Paweł II to wielki Polak. Mieć takiego orędownika w chorobie to niesamowita moc.
Jak wspomniałem, w 2011 roku Jan Paweł II był już beatyfikowany, ale czekaliśmy wszyscy na jego kanonizację. Zaprzyjaźnione ze mną Siostry Sercanki, dowiedziawszy się, że jestem w tak ciężkim stanie, przysłały mi do Boliwii relikwie bł. Jana Pawła II. To był obrazek z wizerunkiem Jana Pawła II, modlitwą i maluteńką kroplą krwi - była już prawie niewidoczna, ale była. Od tego momentu codziennie modliliśmy się za wstawiennictwem Jana Pawła II o moje zdrowie modlitwą z tego obrazka.
To był szczególny moment w ciągu dnia. Codziennie była msza święta: najpierw, kiedy byłem w szpitalu, współbracia odprawiali ją w sali, na której leżałem, ponieważ nie mogłem pójść do kaplicy, a gdy po trzech miesiącach przenieśli mnie ze szpitala do klasztoru, to w mojej celi. Z celi wyniesiono wszystkie meble. Było tylko sprowadzone dla mnie specjalne łóżko szpitalne, stolik i drugi niewielki stoliczek, przy którym codziennie sprawowano Eucharystię. Nie mogłem spożywać całej Hostii, tylko zaledwie okruszynkę… I właśnie po mszy odmawialiśmy modlitwę o moje uzdrowienie za wstawiennictwem Jana Pawła II.
Wszystko to działo się w Boliwii. Kiedy zacząłem poruszać się na wózku, w Wielkim Tygodniu w 2012 roku przyjechałem do Polski, do Przeworska, skąd pochodzę. Nadal trwała intensywna rehabilitacja i żarliwa modlitwa o uzdrowienie. Teraz trwa modlitwa dziękczynna za łaskę zdrowia i za tak wielu życzliwych i oddanych ludzi, którzy pomagali mi w mojej chorobie. Jeżdżę i dziękuję… Odwiedzam między innymi różne sanktuaria maryjne, by podziękować Matce Bożej. Byłem już w Kalwarii Pacławskiej, a w zeszłym roku w Niepokalanowie, u św. Maksymiliana…
Maryja, św. Maksymilian Maria Kolbe, św. Jan Paweł II, błogosławieni Zbigniew i Michał - to oni towarzyszyli mi w moich zmaganiach z chorobą. Nie zabrakło ich żadnego dnia, żadnej minuty. Myślę, że bez nich zupełnie inaczej znosiłbym moje cierpienie. Dzięki nim i przez nich w tej próbie był obecny sam Bóg. Święci nam towarzyszą. Nie bójmy się mieć relikwii tych, którzy są znakiem w naszym życiu. Oni nam pomagają odkryć prawdziwą drogę do świętości. Nie bójmy się tej drogi. To droga dla wszystkich.
Marek Krupa OFMConv
Świadectwo pochodzi z książki "Cuda świętego Jana Pawła II"
poniedziałek, 02 styczeń 2023
"Przez cały ten czas byli z mamą jednym sercem i jedną duszą. Choć życiem małżeńskim tu na ziemi cieszyli się zaledwie sześć i pół roku, to jednak na zawsze pozostali duchowo zjednoczeni. Była to prawdziwa miłość, która trwa na zawsze" – wspomina Gianna (Joanna) Emanuela Molla swoich rodziców - św. Joannę Berettę Molla i Pietro Mollę.
Mija setna rocznica urodzin św. Joanny Beretty Molli. Z tej okazji wspomina ją jej najmłodsza córka Gianna Emanuela. To za nią matka oddała życie.
"Kiedy byłam mała, ludzie mówili, że mama jest w raju. Trudno mi było to zrozumieć. Potem tata wyjaśnił mi, że za jej śmiercią kryje się jakiś plan Opatrzności. Dzisiaj widzę, że zarówno ona jak i jej święty mąż są odpowiedzią Boga na współczesny świat, w którym atakuje się małżeństwo, rodzinę i życie" - mówi córka św. Joanny.
Historia św. Joanny jest dziś powszechnie znana. Przyczyniła się do tego jej kanonizacja, której dokonał Jan Paweł II w 2004 r. Mniej znana jest postać jej męża, Pietra, który uczestniczył w jej kanonizacji i zmarł 6 lat później, w wieku 98 lat.
"Żyłam u jego boku przez 48 lat i mogę zaświadczyć, że przez cały ten czas byli z mamą jednym sercem i jedną duszą. Choć życiem małżeńskim tu na ziemi cieszyli się zaledwie sześć i pół roku, to jednak na zawsze pozostali duchowo zjednoczeni. Była to prawdziwa miłość, która trwa na zawsze" - mówi Gianna Emanuela Molla.
Przypomina, że było to życie naznaczone krzyżem, bo to przecież na niego spadł główny ciężar wychowania czwórki małych dzieci. Co więcej, dwa lata po śmierci żony, stracił też jedną z córek. Często prosił żonę, by pomogła mu nieść codzienny krzyż i ona go w tym nie zawiodła, dzień po dniu pomagała mu wypełniać wolę Pana - wspomina najmłodsza z córek Joanny i Pietra. Jej zdaniem to właśnie jest ten zamysł Opatrzności, o której opowiadał jej w dzieciństwie ojciec, kiedy tłumaczył przedwczesną śmierć matki. Joanna i Pietro są przykładem dla współczesnych rodzin. Pokazują też, że droga krzyża, choć po ludzku trudna, jest jedyną drogą, która nadaje sens życiu, a zarazem jest też drogą radości, przygotowując nas na radość bez końca w obecności Pana.
Gianna Emanuela zauważa, że coraz więcej ludzi w tych właśnie kategoriach postrzega tę historię, mówiąc już nie tylko św. Joannie, ale o jej świętym małżeństwie. Zapewnia zarazem, że jej matka jest wielką wspomożycielką. Przyznaje, że straciła już rachubę, gdy chodzi o łaski, które zostały wyjednane za jej wstawiennictwem.
"Moja mama, a raczej moi święci rodzice, są wielkim darem dla wszystkich" - dodaje córka Gianna Emanuela Molla w wywiadzie dla portalu Nuova Bussola Quotidiana.
wtorek, 15 listopad 2022
Miałem 28 lat i moja wiara ograniczała się do co niedzielnych wizyt w kościele i klepania pacierzy, tak, by już to mieć za sobą. Pewnego dnia wydarzyło się jednak coś, co zmusiło mnie do innego spojrzenia na wiarę, coś co spowodowało, że musiałem poukładać swoje życie na nowo. To był grudniowy, bardzo zimny poranek. Od kilku dni pracowałem w nowej firmie. Od początku grudnia jeździłem po Polsce, wdrażając się do nowej pracy i miałem tego naprawdę dość. 22 grudnia miałem zostać z ośmiomiesięcznym synkiem w domu i odpocząć do samego Bożego Narodzenia. Stało się jednak inaczej. Moja żona Ewa chciała w ostatnim dniu przed świętami popisać się w pracy swoim domowym wypiekiem. Była też dodatkowa okazja, bo 24 grudnia obchodziła swoje imieniny. Do Jasia przyszła więc rano niania, a my pojechaliśmy do pracy. Dziś pamiętam tylko ten okropny ziąb, który przeszywał ubranie, jak gdyby cofał nas do domu. Niestety nie potrafiłem odczytać wszystkich znaków i wyjechaliśmy. Kilka kilometrów za miejscowością, w której mieszkaliśmy, uderzyłem w drzewo. Moja żona zginęła na miejscu. Wciąż pamiętam jej ostatnie tchnienie, kiedy na chwilę odzyskałem przytomność. Pamiętam przerażenie i próbę krzyku, by ją ratowano, ale im bardziej otwierałem usta, tym miałem mniej siły i w końcu straciłem przytomność. Kiedy się ocknąłem w karetce, nikt nie chciał ze mną rozmawiać na temat mojej żony, każdy mówił że będzie dobrze. Dopiero po kilku godzinach, kiedy byłem już na środkach uspakajających, powiedziano mi co się stało. Nagle moje życie legło w gruzach, nie chciałem żyć. Błagałem Boga, by odebrał mi życie, bo sam byłem zbyt wielkim tchórzem, by to zrobić. Moje serce krwawiło, ciało sprawiało ból i czułem, że straciłem duszę. Wszyscy dookoła mówili o przeznaczeniu, o tym że tak musiało się stać. A ja wiedziałem jedno: to nie przeznaczenie, to ja to zrobiłem, to ja jestem winny, to mnie powinien spotkać ten los, nie tą, którą tak bardzo kochałem. Znalazły się tylko dwie osoby, które potrafiły mi powiedzieć w twarz, że to ja jestem winny. Jestem im za to wdzięczny i będę do końca życia. Jedną osobą był mój serdeczny przyjaciel, a drugą ksiądz. To oni uświadomili mi prawdę, o której zawsze wiedziałem, ale której nie potrafiłem zaakceptować i przyjąć. Oni posiadali coś, czego ja nie rozumiałem do tej pory, posiadali wiarę. Tak, miałem wyrzuty do Boga. Tak, chciałem się od niego odwrócić, tylko że przyjaciele uświadomili mi, że przecież ja go jeszcze nawet nie poznałem. Wtedy po raz pierwszy poczułem, że naprawdę z nim rozmawiam. Zwróciłem się do niego jak do żywej osoby, nie jak do figurki, którą uważałem do tej pory za Boga. Codziennie mówiłem Mu jak się czuję, codziennie prosiłem Go, by mi pomógł. Dopiero po pewnym czasie zacząłem zauważać, że On naprawdę jest przy mnie, słucha mnie, choć nie rozwiązuje moich problemów moimi sposobami, nie daje mi tego czego oczekuję, ale daje mi więcej, bo daje mi to czego naprawdę mi trzeba. Ufam Mu bezgranicznie! Uważam że jestem ślepcem na drodze pełnej kamieni, ale trzymam za rękę swojego Ojca, a dopóki tak jest, On nie pozwoli na to, bym się potykał. Nawet jeśli ześle cierpienie, wiem, że to cierpienie nie jest daremne, wiem, że po jakimś czasie będę wdzięczny Mu za to, że to tą drogą mnie poprowadził. Od ponad dwóch tysięcy lat mamy tę prawdę przed oczyma i nadal nie potrafimy z niej korzystać. Twierdzę, że jestem ślepcem na swojej drodze, lecz współczuję ludziom, którzy nie potrafią odkryć tej prawdy, dlatego że są bardziej ślepi ode mnie. Mam nadzieję, że choć jedna osoba zastanowi się nad tym, co tutaj opisałem. Jeśli tak będzie to wiem, że moje cierpienie nie poszło na marne i wypełniłem swoją misję, którą On przygotował dla mnie.
wtorek, 12 lipiec 2022
Pomogli nam: